Przejdź do głównej zawartości

T8 Czy rośliny mogą nas zatruwać?

          Jedzenie dla człowieka kiedyś było bardzo proste. Jadł wszystko co mu smakowało. Nie gotował, nie zastanawiał się nad wartościami odżywczymi, nie czytał książek o odżywianiu, a przepisy kulinarne były mu całkowicie obce. Jednak kiedy opuścił swój raj na ziemi, czyli strefę tropikalną musiał zacząć poszukiwać nowego rodzaju pożywienia. Wcześniej głównym dostawcą energii było słońce, którego niestety wraz z odkrywaniem nowych lądów zaczynało brakować. Jednak szybko okazało się, że człowiek ma bardzo elastyczny układ trawienny. Z czasem do jego menu, które wcześniej było oparte na liściach, owocach i innych tropikalnych roślinach trafiły warzywa korzeniowe, grzyby oraz ziarenka znajdujące się w trawach czyli zboża. Po jakimś okresie ludzie dodali do swojego jadłospisu jaja ptaków, mleko innych zwierząt, ryby, mięso, narządy i właściwie wszystko co znaleźli upolowanego zwierzęcia. Był to dość naturalny proces, w którym człowiek starał się zaspokoić głód energetyczny. Jednak analizując dodawane z czasem nowe rodzaje żywności szybko zauważymy jak daleko ludzie odbiegli od swojego pierwotnego pożywienia. W tej publikacji chciałbym się skupić na środkowym etapie zmiany naszej diety, czyli na warzywach i zbożach, które stosunkowo niedawno zagościły w naszym menu. Nasza codzienna dieta wydaje się oczywistością jednak nie zawsze taka była. Celem tego artykułu jest pokazanie jak wiele trujących substancji znajduje się w roślinach jedzonych przez nas każdego dnia. Nie mam zamiaru zniechęcać Cię do ich spożywania, a wręcz przeciwnie. Chcę tylko ukazać, że kiedyś człowiek bardzo dużą wagę przykładał do pozbycia się toksyn z roślin aby były dla niego bezpieczne, o czym dziś będąc w ciągłym pośpiechu trochę zapominamy. Gotowy na kolejną paczkę wiedzy? Zaczynamy…



Na początku warto zwrócić uwagę, że dla naszych przodków istotniejsze było pozbycie się ewentualnych trucizn zawartych w roślinach za pomocą choćby obróbki cieplnej niż zachowanie wartości odżywczych. Musimy zdać sobie sprawę, że takie pokarmy jak zboża, strączki czy nawet ziemniaki nie są naszym naturalnym pokarmem. Dlatego ludzie przez tysiące lat nauczyli się z nimi obchodzić w taki sposób, aby były dla niego jak najlepiej przyswajalne przy jednoczesnym bezpieczeństwie spożywania. W artykule D5 postarałem się ukazać jak powinniśmy obchodzić się z roślinami strączkowymi oraz orzechami. Z kolei artykuł, który właśnie czytasz jest nie jako wstępem do rozważań czy w naszej diecie powinny dominować pokarmy gotowane czy surowe, na które postaram się znaleźć odpowiedzi w artykule D9. Jeszcze raz podkreślam, że nie mam zamiaru zniechęcić Cię do jedzenia choćby ziemniaków, które w naszej strefie klimatycznej są głównym dostarczycielem energii, a już w szczególności zimą. Chcę tylko ukazać rośliny jako żywe istoty mające tak samo wielką chęć przeżycia jak my ludzie. Zastanawiałeś się jak to jest możliwe, że nasza planeta ciągle jest przepełniona roślinnością mimo iż rośliny są każdego dnia atakowane przez owady i zwierzęta chcące je po prostu skonsumować? Odpowiedzi powinniśmy poszukać w narzędziach obronnych w jakie Natura wyposażyła każdą żywą istotę na tej planecie, w tym także rośliny. Rośliny, które każdego dnia są atakowane praktycznie z każdej strony przez bakterie, grzyby czy wspomnienie owady i zwierzęta, chcąc przetrwać na Ziemi zostały zmuszone do wytworzenia własnego aparatu obronnego. Ty i ja mamy własny układ odpornościowy, który neutralizuje wrogich najeźdźców, którym z kolei udało się przebrnąć przez naszą pierwszą zaporę nosową, płucną czy skórną. Stąd logiczne wydaje się, że rośliny także mają swój układ odpornościowy, którego nadrzędnym celem jest umożliwienie przetrwania danej rośliny lub w ostateczności danego gatunku. Rośliny aby nie zostać zjedzonymi przez bakterie, grzyby itp. produkują liczne substancje mające na celu uchronić je przed napaścią. Na przykład wiele owoców produkuje wosk utrudniający dotarcie do wnętrza rośliny drobniejszym ich wrogom. Z kolei tym, którym się udaje przebrnąć przez tą barierę rośliny przygotowały kolejną niespodziankę pod postacią choćby salicylanów, które kumulując się w skórze roślin mają na celu odstraszenie czy po prostu otrucie potencjalnego nieprzyjaciela. Dla takich istot jak człowiek czy inne zwierzęta mogące zjeść daną rośliną w całości rośliny wykształciły bardziej subtelny sposób ochrony. W tym przypadku raczej nie chodzi o ochronę pojedynczej rośliny tylko nazwijmy to całego gatunku danej rośliny. Aby się uratować rośliny produkują tysiące przeciwciał i innych trucizn, które mają ocalić je przed skonsumowaniem w całości (nie tylko pojedynczego warzywa, ale np. całej grządki – choć umówmy się, że grządki w naturalnym środowisku nie występują). Dobrym przykładem jest choćby kwas fitynowy zawarty przede wszystkim w zbożach, strączkach czy ziemniakach. Dzięki niemu nie jesteśmy w stanie zjeść dużej ilości danej rośliny naraz, a to przyczynia się do przetrwania gatunku, ponieważ przynajmniej teoretycznie nie zerwiemy jej zbyt dużej ilości. Z kolei zjadając surowego ziemniaka prawdopodobnie zakończylibyśmy nasz posiłek na pierwszym gryzie i to warzywo mogłoby świętować sukces swojego układu immunologicznego. Jednak człowiek przez tysiące lat używając swojego bezdyskusyjnie wyjątkowego umysłu nauczył się tak postępować z żywnością, aby trucizny zawarte w roślinach były dla niego jak najmniej uciążliwe. Stąd takie nauki jak choćby Ajurweda czy Medycyna Chińska tak dużą wagę przywiązywały do odpowiedniej obróbki żywności. Zwracają one uwagę także na różnorodność posiłków aby przypadkiem nie dominowało w naszym menu tylko jedno warzywo, ponieważ to nie trucizna jest śmiertelna, ale odpowiednia jej dawka. Tak naprawdę wszystko jest trucizną. Przecież nawet woda wypita w dużej ilości także może okazać się śmiertelna dla człowieka. Dlatego warto nie przesadzać z jednym produktem za bardzo.

A więc rośliny produkują różne substancje, które spożyte w nadmiarze przez zwierzęta mogą wywołać chorobę. Dzięki temu finalnie ilości skonsumowanej rośliny są mniejsze co przyczynia się do przetrwania gatunku. Jako ciekawostkę wspomnę o historii jaka zadziała się w Afryce. Tam na jednym obszarze masowo zaczęły padać zwierzęta. Naukowcy przez długi czas dociekali jaka była przyczyna zwiększonej śmiertelności u zwierząt. Badali czy przypadkiem woda nie jest zatruta i tym podobne rzeczy. W końcu doszli do wniosku, że obszar na którym żyły zwierzęta był stosunkowo ubogi w rośliny w stosunku do zwierząt. Okazało się, że to liście drzew, którymi żywiły się zwierzęta były dla nich śmiertelnym pokarmem. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że te same liście normalnie nie są zagrożeniem dla zwierząt, ale są ich codziennym pokarmem. Przyczyną pojawiania się większego stężenia trucizn w liściach drzew okazała się ich zbyt mała ilość na danym obszarze. Rośliny broniąc się przed wyginięciem produkowały substancję lotną, która nie jako informowała pozostałe rośliny o zagrożeniu. Po otrzymaniu takiej informacji inne rośliny z tego gatunku produkowały większe ilości toksyn w swoich liściach. Nieświadome tego zwierzęta jedząc ich liście przyjmowały coraz to większe ilości toksyn, co przyczyniło się do ich śmierci. Napisałem nieświadome, ale może zwierzęta zdawały sobie sprawę z zagrożenia (na przykład poprzez gorzki smak liści), tylko nie miały wyboru co do jedzenia innych roślin. Możliwe jest, że gdyby na tym samym obszarze rosły inne rośliny nadające się do jedzenia, dla tych zwierząt masowa umieralność nie miałaby miejsca. Nawet gdyby inne rośliny także produkowały toksyny, to byłyby one innego rodzaju dzięki czemu organizmy zwierząt miałaby szansę na przetrwanie. Najciekawsze w tej historii nie jest jednak to, że potwierdza ona chęć roślin do przetrwania, która objawia się produkcją toksycznych substancji. O tym akurat ludzkość wie od dawna i zostało to wielokrotnie potwierdzone. To, czego nauczył (lub przynajmniej powinien) nas ten przypadek, to tego, że zachodzi produkcja substancji informacyjnych w roślinie zjadanej, które to substancje mają za zadanie ostrzec jej „braci” przed zagrożeniem. A więc rośliny potrafią ze sobą „rozmawiać”. Stąd możemy wysunąć dla nas jeden wniosek. Mianowicie lepiej spożywać warzywa z mniejszych gospodarstw niż tych produkowanych masowo, ponieważ przynajmniej teoretycznie powinny mieć w sobie mniejsze ilości toksyn.

W przemysłowo produkowanych roślinach ilość danego gatunku na jednym obszarze jest ogromna i często warzywa są zbierane jednorazowo. Co konfrontując z opisanym powyżej odkryciem oznacza, że w warzywach zbieranych na samym końcu ilości toksyn będą największe. Jednak od razu zaznaczam, że nie piszę tego aby wzbudzić w Tobie jakikolwiek lęk przed warzywami (nawet tymi z supermarketu choć nie jestem ich zwolennikiem). Warzywa, które jemy każdego dnia znacząco różnią się od tych dziko rosnących. Człowiek krzyżując na przełomie wieków różne rośliny starał się zredukować w nich ilości toksyn w stosunku do ich dzikich kuzynów. Efekty tego są różne. Jednak trzeba przyznać, że w hodowlanych roślinach mamy więcej jadalnych części warzyw i czasem ilości toksycznych substancji są mniejsze. Dzięki temu jesteśmy w stanie zjeść wiele liści sałaty na raz bez uszczerbku na zdrowiu. Jednak mniej trujące warzywa dla nas to także mniej odporne rośliny na ataki owadów, grzybów czy nawet zmiennej pogody. Dlatego dziś uprawiane warzywa są o wiele słabsze i rolnicy „muszą” je chronić takimi środkami jak choćby pestycydy. Jako zwierzęta mamy to niewątpliwe szczęście, że nasze ciało zostało wyposażone w wątrobę, która posiada zdolność do neutralizacji substancji toksycznych zawartych w warzywach. Jeśli nasze ciało nie jest obciążone innymi toksynami, to wątroba faktycznie daje sobie radę z dużą częścią trucizn zawartych w roślinach dzięki czemu nasz organizm nie odczuwa ich skutków. Trzeba jednak zauważyć, że u większości z nas toksyny zjadane wraz z warzywami nie są jedynymi, z którymi musi radzić sobie wątroba, a raczej są małą częścią, którą ją obciąża. Warto jednak zauważyć, że ludzie zostali wyposażeni w system kontroli wpuszczanych do organizmu substancji, który kryje się pod zmysłem smaku. Na podstawie tego co nam w danej chwili smakuje i na co mamy ochotę (przynajmniej teoretycznie) powinniśmy dobierać dla siebie najlepsze produkty na dany posiłek. Jeśli nasze ciało będzie w równowadze, to zmysł smaku będzie grał pierwsze skrzypce przy doborze produktów. Umówmy się jednak, że nasz naturalny instynkt przepadł gdzieś w oddali i zajmie nam kilka lat aby go odnaleźć. Mimo wszystko jest jeden smak, który mamy mocno rozwinięty i większość z nas za bardzo za nim nie przepada. Mianowicie jest to smak gorzki, który powinien ostrzegać nas przed truciznami zawartymi w pożywieniu. Gorzkie rośliny zawierają w sobie alkaloidy, które mogą być dla nas trujące. Dlatego tak mocno się krzywimy i nie mamy ochoty na jedzenie mocno gorzkie. Jednak z drugiej strony gorzki smak oczyszcza organizm i wiele leczniczych ziół opartych jest właśnie na smaku gorzkim. Także duża ilość dobroczynnych warzyw, szczególnie zielonych ma zabarwienie smaku gorzkiego, jednak zawarte w nich rozmaite związki niejako neutralizują toksyny dobrze nas odżywiając przy jednoczesnym oczyszczaniu. Stąd wysuwa się jeden wniosek, że smak gorzki może nas chronić przed substancjami toksycznymi, ale może też być pożądany w czasie kiedy organizm potrzebuje oczyszczenia. Tutaj niestety nie ma prostej zasady jak się nim kierować, ale napisałem o nim z innego powodu. Mianowicie jak się dobrze zastanowimy wiele roślin z natury o smaku gorzkim po odpowiedniej obróbce traci go bezpowrotnie. Może to nam sugerować pozbycie się choćby zazwyczaj toksycznych dla nas alkaloidów za pomocą gotowania. Z drugiej strony wiele roślin niejadalnych w formie naturalnej po obróbce cieplnej staje się dla nas jadalnymi. Idąc dalej  zboża odpowiednio przygotowane do wypieku poprzez poddanie ich procesowi fermentacji stają się dla nas bezpieczne. Ogólnie proces fermentacji potrafi zneutralizować wiele trujących dla naszych ciał substancji. A więc może lepiej jeść poddane obróbce cieplnej czy fermentacyjnej pożywienie niż w formie naturalnej? Na to pytanie postaramy się odpowiedzieć w artykule z serii D.

Z tego artykułu chciałbym aby utkwił nam jeden wniosek. Mianowicie nawoływanie nas do jedzenia roślin tylko w formie naturalnej może mieć dla nas dość katastrofalne skutki zdrowotne. Nie ma wątpliwości co do tego, że warzywa nie poddane choćby obróbce cieplnej mają w sobie więcej wartości odżywczych. Jednak musimy zdawać sobie sprawę, że takie warzywa często mają też w sobie więcej naturalnych trucizn, których spożycie w nadmiarze może być dla nas niebezpieczne. Skoro już powiedzieliśmy sobie o ziemniaku, to na jego przykładzie powiedzmy sobie kilka słów o truciznach w roślinach. A więc ziemniaki aby się uchronić produkują różne glikoalkaloidy, a w tym solaninę której najwięcej znajduje się zazwyczaj pod skórką. Największe stężenie tej toksyny znajdziemy w zielonych ziemniakach (także w tych tylko częściowo zabarwionych na zielono) oraz w ziemniakach długo przechowywanych (przy okazji wspomnę, że najlepiej przechowywać ziemniaki w ciemności, ponieważ światło wpływa na wzrost produkcji solaniny). Dlatego warto odrzucać na kompost wszystkie ziemniaki z zielonymi plamkami. Z kolei wiosną wszystkie ziemniaki, które nawet lekko wykiełkowały nie powinny być przez nas jedzone, ponieważ w nich stężenie solaniny jest największe. Z drugiej strony skoro stężenie solaniny jest największe pod skórką, to może warto je obierać, a nie gotować w mundurkach? Choć napisanie tego przychodzi mi z pewną trudnością to wydaje się, że aby pozbyć się toksyn, warto obierać ziemniaki. Sam przez bardzo długi czas gotowałem ziemniaki (szczególnie młode) w mundurkach i zjadałem wraz ze skórką ze względu na zachowanie wartości odżywczych. Dziś jednak jest mi coraz bliżej do stwierdzenia, że jednak warto je obierać do gotowania. Jeśli już koniecznie chcemy ugotować ziemniaki w mundurkach, to niech to będą młode ziemniaki, ale po ugotowaniu obierzmy je już ze skórki (w tym przypadku najlepiej gotować ziemniaki w całości, bez rozkrawania ich). Szczególnie zaczynajmy obierać ziemniaki jesienią, ponieważ wraz z upływem czasu przechowywania ilość solaniny w nich rośnie. Zimą i wiosną nawet lepiej będzie jak grubiej będziemy je obierać. Obróbka termiczna ziemniaków po części pozbawi je solaniny jednak zawsze jakiś procent jej pozostanie. Dlatego warto dbać aby ziemniaki nie pojawiały się u nas przy okazji każdego obiadu i czasem zastępujmy je choćby kaszami czy ryżami. W moim odczuciu od marca najlepiej na jakiś czas w ogóle zrezygnować z jedzenia ziemniaków i poczekać na młode ziemniaki (stare ziemianki mają w sobie największe stężenie solaniny). Poza tym warto poprawiać strawność ziemniaków poprzez dodawanie do nich tłuszczów (jak już wielokrotnie wspominałem ja polewam je olejem lnianym, ale też może to być dobre masło). A więc na przykładzie prostego ziemniaka widzimy jak wiele zależy od naszego podejścia do niego. Idąc dalej praktycznie wszystkie niedojrzałe rośliny mają w sobie największe ilości toksyn. Na przykład zielone pomidory także powinniśmy odrzucać, ponieważ w nich znajdziemy z kolei duże ilości toksycznej tomatyny. Stąd wysuwa się dla nas wniosek, że warto zjadać warzywa tylko w formie dojrzałej. Z kolei o kwasie szczawiowym zawartym w szczawiu słyszała większość z nas. Jednak musimy pamiętać, że kwas szczawiowy znajdziemy także w szpinaku, herbacie czy kakao. W moim odczuciu przy odpowiedniej podaży wapnia, kwas szczawiowy nie jest dla nas zagrożeniem, ale aby wapń dostarczyć warto akurat szczaw, szpinak czy kakao jadać na surowo. I tak możemy praktycznie wymieniać każde warzywo. Jednak pamiętajmy, że to nie substancja czyni truciznę, ale jej dawka. Dlatego dbaj o różnorodną dietę, albo przynajmniej nie jedz jakiegoś konkretnego produktu w dużych ilościach aby uchronić się przed substancjami, które w większych dawkach stają się dla naszych ciał trucizną.

Powiedzmy sobie też kilka słów o zbożach. Przy okazji artykułu o pszenicy wspomniałem jak zboża są dla nas ciężkostrawnym produktem. W przypadku zbóż najczęściej mówi się o kwasie fitowym (zawierają go również inne warzywa, a w tym ziemniaki, orzechy i strączki). Kwas fitowy hamuje wchłanianie minerałów oraz aktywność enzymów trawiennych. Czasem wystarczy jego niewielka ilość aby skutecznie zubożyć nasze ciało o substancje odżywcze. Jedząc źle obrobione zboża przy zachowaniu nawet wysoko odżywczej diety narażamy się na niedostateczną podaż składników mineralnych dla naszego organizmu co może przyczynić się do wielu chorób. Przecież poza wodą jesteśmy zbudowani z minerałów i ich ewentualne braki muszą odbić się na naszym zdrowiu. Nawet tak ostatnio popularne wśród kobiet choroby tarczycy mogą mieć swój początek właśnie w braku odpowiednich minerałów w diecie. Aby enzymy tarczycy mogły wyprodukować hormony potrzebne są dość duże ilości pierwiastków, a w tym także tych śladowych jak selen, jod, mangan czy cynk. Czyli jedząc źle przygotowane zboża pozbawiamy się możliwości wchłonięcia minerałów przyczyniając się do braku zdolności wyprodukowania odpowiedniej dawki hormonów. To spowoduje, że zaczniemy mówić o niedoczynności tarczycy (choć jest to tylko jedna z wielu możliwości przyczyn tej choroby). Idąc dalej pełne i nieprzetworzone zboża zawierają w sobie neurotoksyny czy lektyny oraz wiele innych związków, które niekoniecznie są dla nas korzystne. Dziś dzięki badaniom naukowym wiem, że namaczanie, kiełkowanie i szczególnie poddanie fermentacji pozwala mocno zredukować ilości choćby kwasu fitowego w ziarnach zbóż. Jednak jak przygotowywać zboża do konsumpcji napiszę w jednym z artykułów z serii D. Dziś wspomnę jeszcze tylko, że niekoniecznie pełne ziarno może być najzdrowsze. Okazuje się bowiem, że wiele toksycznych substancji zawartych jest w łupinach i zarodku. Dlatego niekoniecznie wszystkie produkty pełnoziarniste są dla nas najzdrowsze. Na przykład ryż brązowy może w ostateczności mieć podobną przyswajalność substancji odżywczych co ryż oczyszczony mimo iż pierwotnie jest oczywiście bardziej odżywczy. Odpowiedzią na tą sprzeczność jest zdecydowanie większa obecność kwasu fitowego w ryżu pełnoziarnistym i innych substancji, które w skrócie możemy nazwać anty-odżywczymi. Jednak z drugiej strony toksyny zawarte w ryżu dobrze neutralizują skiszone warzywa o dużej zawartości witaminy C lub po prostu odpowiednie wcześniejsze przygotowanie ryżu choćby po przez namaczanie. Kończąc wątek zbóż jako ciekawostkę wspomnę, że wiele ludów tubylczych preferowało biały chleb uzyskany z mąki oczyszczonej. Może jednak była w tym jakaś logika aby pozbyć się łupin i zarodka dziś przez nas tak chełbionych? O tym jednak w odpowiedniej publikacji. 

Nie wiem czy zauważyłeś ale mało mówiliśmy sobie o owocach. Tutaj obowiązuje podobna zasada jak przy warzywach mówiąca o tym, że niedojrzałe rośliny zawierają w sobie większe stężenia toksyn. Dlatego owoce jedz tylko dojrzałe. W przypadku owoców najczęściej mówimy o szkodliwych dla nas salicylanach jednak badania pokazują, że wraz z dojrzewaniem owoców stężenie ich spada. Jednak warto dbać aby nasze owoce dojrzewały będąc jeszcze na krzaku, a nie w sklepie czy w naszym domu. Wiem, że czasem to mało możliwe dlatego dbajmy chociaż aby nasze owoce dojrzewały w świetle naturalnym, a niedojrzałych po prostu nie jedzmy. Z drugiej strony jak się dobrze nad tym zastanowimy, to dojrzewanie owoców również jest jakimś procesem obróbki. Możemy to nazwać gotowaniem przez słońce. Jeśli takie dojrzewanie owocu następuje na krzaku, gdzie rano zostaje otoczone przez rosę i następnie jest ogrzewane przez słońce, to czy to nie jest proces „gotowania”?. Dlatego dojrzałe owoce możemy jeść prosto z krzaka bez jakiejkolwiek obróbki. Skoro mówimy sobie o toksynach zawartych w roślinach warto powiedzieć choć kilka słów o grzybach. Ogólnie nie jestem zwolennikiem jedzenia zbyt dużej ilości grzybów i w swojej zabawie z ciałem przez dłuższy czas nie jadłem ich w ogóle (dziś mogą wystąpić w mojej diecie ale zazwyczaj przez przypadek i bardzo sporadycznie). Grzyby są ciężko strawne i oprócz nielicznych wyjątków nie są zbyt bogate odżywczo (są oczywiście „supergrzyby” jak reishi czy shitake no ale to inny temat). Tak naprawdę większość grzybów jest trujących i nie powinniśmy jeść ich w ogóle. Musimy zdawać sobie sprawę z funkcji jakie grzyby wykonują czyli oczyszczanie lasów z toksyn. Dlatego nawet jadalne grzyby mają w sobie duże możliwości absorpcyjne toksyn, a w tym metali ciężkich które pochłaniają z gleby. Wiem, że grzyby potrafią podnieść walory smakowe wielu dań (choćby bigosu) szczególnie w diecie wegańskiej ale w moim odczuciu powinny być one rzadkim dodatkiem, a jedzenie ich na surowo to już rosyjska ruletka…

Podsumowując warto wiedzieć jak obchodzić się z poszczególnymi roślinami. Rośliny w ich naturalnej formie mogą być dla nas korzystne ale mogą też być zagrożeniem. Ludzi, którzy będą odczuwać tylko pozytywne skutki na surowej i nieprzetworzonej diecie jest niewielka ilość. Trzeba mieć w sobie mocno pobudzoną doszę Pitta, silne siły trawienne i dobrze oczyszczoną wątrobę aby móc pozwolić sobie na witarianizm (jedzenie tylko surowego jedzenia). Jednak większość z nas powinna dbać o odpowiednie przygotowanie żywności. Z drugiej strony czasem naturalne toksyny występujące w roślinach możemy wykorzystać na swoją korzyść. Jedząc na przykład pestki dyni z zawartą w nich kurkubitacyną możemy uporać się z pasożytami w naszych jelitach, w tym nawet z glistą ludzką czy tasiemcem. Prawdopodobnie dynia produkuje wymienioną substancję aby uchronić się przed zjedzeniem przez robaki. A więc czasem warto zjeść świeże pestki prosto z dyni. Jednak aby tak się bawić trzeba o tym wiedzieć. Zdaję sobie sprawę, że ten artykuł wzbudził w Tobie raczej więcej wątpliwości niż dał odpowiedzi. Dlatego jak postępować z żywnością roślinną aby była dla nas jak najbardziej bezpieczna będziemy się zajmować w publikacjach z serii D. A dziś może warto zjeść dojrzałe jabłko?

Wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną
 – jedynie dawka decyduje o tym

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

O2 Lewatywa z Kawy

W temacie dlaczego czyścimy jelito starałem się opisać jak ważne jest posiadanie czystego jelita. W tym poście zaprezentuję jeden ze sposobów jego oczyszczania za pomocą lewatywy z kawy. W innych publikacjach już wspominałem, że lewatywa z kawy była jednym z kluczowych elementów mojej terapii przy nowotworze i uważam ją za jeden z najłatwiejszych i najskuteczniejszych sposobów oczyszczenia jelita grubego, wątroby oraz krwi z nagromadzonych toksyn. Oczywiście nie jest to jedyny sposób oczyszczania ciała i kiedy się wie jak, to można spokojnie oczyścić organizm bez wykonywania lewatywy. Jednak zazwyczaj jest to najprostszy sposób na rozpoczęcie nowej zabawy z uzdrawianiem swojego ciała. Na początek proponuję zadać pytanie - Jak to działa?

Kryzys ozdrowieńczy

Podejmując trud oczyszczania naszego organizmu w pewnych momentach nasze samopoczucie może ulec pogorszeniu. Tworząc odpowiednie warunki dla organizmu służące pozbywaniu się zgromadzonych przez lata toksyn, narażamy się na chwile kryzysowe, które nazywamy kryzysami ozdrowieńczymi, oczyszczającymi (choć to dwa różne kryzysy). Mianowicie w czasie zmiany drogi z rozwoju zanieczyszczeń i chorób na ich redukcję, w naszej krwi zaczynają krążyć duże ilości toksyn pochodzące z tkanek naszego organizmu. W początkach oczyszczania nasz układ wydalniczy może nie być w stanie na czas usuwać wszystkich gromadzących się toksyn i objawi się to naszym kryzysem ozdrowieńczym, czyli np. bólem głowy, nudnościami, gorączką itp. Jeśli w tym momencie źle zinterpretujemy nasze objawy i zahamujemy cały proces, to nasze wysiłki pójdą na marne. Wstrzymując dietę lub biorąc leki przepisane na dane objawy cały proces uzdrawiający może zostać przerwany. Pisząc artykuły na tej stronie staram się tak dopisywać kolej…

O5 Zabieg płukania wątroby

W artykule zaczynającym się na literę O4 starałem się ukazać potrzebę usunięcia kamieni z naszej wątroby. Jeśli jeszcze się z nim nie zapoznałeś, to proszę zrób to przed przeczytaniem tej publikacji. Dzisiaj postaram się w czytelny sposób opisać jedną z metod oczyszczania wątroby. Poniższa procedura jest znana ludzkości od tysięcy lat z różnymi modyfikacjami w zależności od miejsc jej wykonywania na naszej planecie. Ja skupiłem się na starożytnej metodzie lekko ulepszonej przez Andreasa Moritza. Wydaje mi się, że zaproponowana metoda jest najbardziej efektywna przy jednoczesnym najmniejszym ewentualnym złym samopoczuciu. Możliwe, że znasz lub poznasz inne metody, ale wszystkie oparte na wypiciu dużej ilości oleju roślinnego mają podobne działanie. Samo płukanie wątroby zajmie nam jeden wieczór, ale trzeba się do niego przygotowywać przez 6 dni. Warto także zaplanować wolny dzień po płukaniu wątroby, więc samą procedurę najczęściej przeprowadza się w weekend. Ze swojej strony zaznaczam…