Przejdź do głównej zawartości

GMO, czyli trująca żywność jedzona przez nas nieświadomie

           Do napisania tej publikacji dotyczącej genetycznie modyfikowanej żywności zainspirowała mnie moja dłuższa rozmowa z osobą będącą zwolennikiem GMO. Na szczęście tej osoby (przynajmniej w moim odczuciu to było dla niej „szczęście”) trafiła ona na człowieka, który nie tylko ma wyrobione zdanie na ten temat, ale nawet co nieco wie. Na koniec naszej wymiany argumentów wydaje mi się, że nie tylko ukazałem większość teorii przemawiających za GMO jako błędne, ale nawet udało mi się zachęcić wspomnianą osobę do zweryfikowania swoich przekonań. A więc dziś chciałbym Ci pokazać na czym faktycznie polega modyfikacja genetyczna i jakie mogą być konsekwencje tej nowej zabawy w Boga, czyli tworzenia zupełnie nowych organizmów przez ludzi. W dalszej części artykułu postaram się też przedstawić choć trochę tła politycznego żywności genetycznie modyfikowanej, tak aby na tym przykładzie wyrobić w Tobie ograniczone zaufanie do instytucji publicznych i wielkich korporacji, nawet tych z pięknie brzmiącymi misjami. Osobiście jestem wrogiem żywności genetycznie modyfikowanej i zdecydowanie bardziej się jej boję niż pestycydów czy nawozów sztucznych. Jak dla mnie w momencie kiedy okazało się, że wraz żywnością absorbujemy nie tylko składniki odżywcze ale także DNA, to od razu powinno się zaprzestać jakichkolwiek eksperymentów genetycznych, a już o wprowadzeniu ich do środowiska nie powinno być nawet mowy. Wszystkie wytworzone organizmy ze zmienionym materiałem genetycznym powinno się chronić chowając je w specjalnie do tego celu stworzonych pancernych budynkach, które od razu zostałyby zalane betonem. Jednak stało się inaczej i dziś ludzkość na własne życzenie zmienia DNA całej Ziemi, łącząc świat genetyczny roślin ze światem zwierząt w jednym organizmie. A więc rozpocznijmy dywagacje o genetycznie modyfikowanej żywności…

Na początku artykuł może okazać się dość trudny do zrozumienia, ale ufam, że w dalszej części ogólna idea się znacznie rozjaśni. Na początek odpowiedzmy sobie na pytanie czym tak właściwie są produkty GMO. A więc są to organizmy, które można nazwać produktem ubocznym przenoszenia genów z DNA jednego gatunku do organizmu innego. Od razu powiedzmy sobie, że ostateczny „produkt” takiego zabiegu często jest całkowicie nieprzewidywalny. To, że modyfikacja tylko jednego genu wpływa także na inne elementy DNA danego organizmu najlepiej widać na przykładzie modyfikowanych genetycznie zwierząt. W ich przypadku często prowadzono modyfikacje nad hormonem wzrostu, aby po prostu rosły szybciej. Jednak wyniki takich „zabaw” często były odmienne od spodziewanych. Na przykład w jednym z pierwszych miotów świń z wprowadzonym genem hormonu wzrostu znaleziono żeńskie prosię bez odbytu i genitaliów. Z kolei inne zwierzęta nie potrafiły samodzielnie stać na swoich nogach, miały zapalenia stawów, wrzody, problemy z sercem, wzrokiem czy z nerkami. Przykładów gdzie modyfikacje tylko jednego genu zarówno u zwierząt jak i roślin spowodowały inne niż zamierzone zmiany, często toksyczne dla ludzi, jest wiele. Jednak dla przemysłu spożywczego nawet zmiany fizyczne zwierząt GMO nie stanowią większego problemu, ponieważ zanim cokolwiek ujawniłoby się na przykład u łososia GMO, on już dawno wyląduje na talerzu.  

Pisząc o GMO nie sposób nie wspomnieć o DNA. Trochę już o DNA i genach napisałem przy okazji artykuł o genetyce i dla pełniejszego zrozumienia tematu warto abyś zapoznał się z tamtą publikacją (Genetyczna ruletka? Niekoniecznie). Na potrzeby tego artykułu zdajmy sobie tylko sprawę, że DNA jest dość skomplikowanym tworem. W tym zapisie mamy ciągi zasad nukleotydowych, z których pewne sekwencje tworzą geny. W normalnych warunkach ludzkość chcąc uzyskać daną cechę, na przykład u rośliny, krzyżowała organizmy z innymi roślinami i czekała na potomstwo. W tym przypadku mimo nienaturalności takiej krzyżówki, to Natura decydowała jak połączyć geny, a czego lepiej nie łączyć dając w swojej osobie najlepszego strażnika bezpieczeństwa. Oczywiście aby rośliny czy zwierzęta się krzyżowały musiały być blisko spokrewnione. 

W przemyśle biotechnologicznym poszliśmy na skróty i zaczęliśmy wycinać interesujące nas geny z jednego organizmu i wprowadzać je do drugiego. W tym przypadku interesujące nas geny mogą pochodzić z organizmów, które są z innych gatunków, a co wcześniej było niemożliwe. Co dziwniejsze inżynieria genetyczna zaczęła łączyć geny dwóch światów w jednym organizmie, czyli geny roślin i zwierząt. Trzeba przyznać, że idea wybierania i wszczepiania genów nas interesujących w dany organizm jest z pozoru bardzo kusząca. Jednak od razu zauważmy, że działając w ten sposób jesteśmy w stanie przypadkowo stworzyć sztuczne geny, które do tej pory nigdy nie występowały w Naturze. 

Analizując proces modyfikacji genetycznej musimy zdać sobie sprawę, że już jakiś czas temu odkryto, że geny nie kodują tylko jednego rodzaju białka jak wcześniej sądzono. Niektóre z genów mogą tworzyć duże ilości odmian białek, które potrafią osiągnąć liczbę kilkunastu tysięcy, choć większość genów ludzkich może kodować dwie lub trzy odmiany białka (no przynajmniej według naszej obecnej wiedzy, która przecież ciągle się zmienia). Mówiąc inaczej jeden gen równa się więcej niż tylko jeden projekt dla danego białka. Ten fakt mówiący o tym, że geny potrafią kodować więcej niż jedną odmianę białka, może tłumaczyć czemu tak często organizmy genetycznie modyfikowane mają cechy niepożądane przez ich stwórców. Dodatkowo według najnowszych odkryć pomocnik w tworzeniu białek dla DNA, czyli RNA może zostać zmienione na późniejszym etapie tworzenia białka, przez co pierwotny skład danego białka może przyjąć inną formę. Oznacza to, że nowo wytworzone białko może być inne niż to zgodne z genem DNA i organizm poza DNA ma jakiś wpływ na końcowy projekt danego białka. Ten mechanizm w mojej ocenie także przyczynia się do produkcji nieoczekiwanych białek w organizmach GMO. Mówiąc bardziej ogólnie kiedy wprowadzamy geny do danego organizmu z innego gatunku, harmonijna współpraca genetyczna zostaje mocno zakłócona. Oczywiście firmy biotechnologiczne wprowadzające nowe organizmu GMO na rynek doskonale zdają sobie z tego sprawę, ale póki co udają że tego problemu nie ma, ponieważ ta kwestia jak na razie jest zbyt skomplikowana aby móc ją opanować. Czyli obowiązuje zasada jak nie widzę problemu, to znaczy że go nie ma. 

Teraz przypatrzmy się samej technice wszczepiania nowych genów do komórki nosiciela. A więc jeśli ktoś myśli, że jest to bardzo dokładny i precyzyjny proces, to raczej bardzo się myli. W praktyce jest to brutalne wstrzeliwanie danego genu jednego gatunku do DNA innego przy pomocy „genetycznego pistoletu”. Czyli naukowiec nanosi interesujące go geny na maleńkie odłamki złota (lub innego materiału, np. wolframu), po czym wcelowuje tym „nabojem” (a raczej całą serią naboi)  w szkiełko na którym znajdują się tysiące komórek docelowych. Kiedy seria naboi zostanie wystrzelona z obcym genem, to naukowiec ma tylko nadzieję, że choć kilka odłamków złota pokrytych genami trafią w odpowiednie miejsce w sekwencji DNA którejś z komórek. W tym miejscu trzeba zauważyć, że nawet kiedy przypadkiem uda się trafić danym genem w odpowiednie miejsce na łańcuchu DNA, jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że geny rodzime danego organizmu zostaną naruszone, ponieważ właśnie uderzył je z dużą prędkością odłamek metalu. Stąd nowo utworzone DNA komórki może zacząć produkować rozmaite białka, w tym toksyny, które wcześniej nie występowały w danym organizmie. 

Teraz naukowiec musi tylko zweryfikować, którym komórkom udało mu się wstrzelić obce geny do DNA. Robi to w ten sposób, że wcześniej do wystrzeliwanego genu dodatkowo przyczepił gen powodujący odporność na antybiotyki, gen o nazwie ARM. Ten gen sprawia, że komórka, w której udało się wszczepić nowy gen jest odporna na antybiotyki. Czyli teraz wystarczy dać morderczą dawkę antybiotyków i zobaczyć, które komórki przeżyją. Na marginesie statystycznie taki test przeżywa tylko jedna na tysiąc komórek. Czyli widzimy, że prawdopodobieństwo wstrzelenia genu wynosi 0,1%. Trochę mało jak na precyzyjną technologię. Jest jeszcze inna technika genetycznej modyfikacji za pomocą bakterii, ale z tego co mi wiadomo jest rzadziej stosowana więc ja sobie pomińmy (choć ona także budzi podobne kontrowersje i jak dla mnie może okazać się jeszcze bardziej zgubna dla ludzkości). 

Jak widzisz kiedy dokładnie przyjrzymy się technologii tworzenia genetycznie modyfikowanych organizmów jakoś od razu podświadomie czujemy, że ta technika może wyrządzić wiele złego na tym świecie. Mianowicie możemy przypadkiem wytworzyć zupełnie nowe białka, które mogą okazać się toksyczne dla ludzi, a na które nie mamy jeszcze lekarstw, nawet tych dawanych nam przez Naturę. Wystąpienie nieprzewidzianych reakcji genów znacznie wzrasta wraz z ilością wprowadzanych genów. Z drugiej strony skoro jedząc dane pokarmy spożywamy także DNA, to nasze bakterie jelitowe mogą przejąć gen ARM (ten który powoduje, że dany organizm jest odporny na antybiotyki) i mogą przekształcić się w bakterie odporne na antybiotyki. Na wszelki wypadek raz jeszcze podkreślę, że badania na zwierzętach wykazały, że spożywane wraz z pokarmem DNA spokojnie przetrwało procesy trawienia i można je było wykryć we krwi, w wątrobie, w śledzionie czy w ściankach jelit. Nie jest to co prawda udowodnione, ale osobiście bałbym się, że kiedy zjem roślinę zmodyfikowaną genetycznie tak, aby sama potrafił produkować pestycydy, to może to sprawić, że moje bakterie jelitowe staną się samonapędzającą maszyną do produkcji pestycydów. Wtedy całe moje ekologiczne żywienie byłoby co najmniej nie do końca prawdziwe. Z resztą dziś już przeprowadzono badanie naukowe gdzie wykryto u ludzi, że bakterie jelitowe przejęły gen odpowiedzialny za odporność na środki chwastobójcze znajdujący się w soi GMO. 

Dopowiedzmy sobie jeszcze, że geny macierzyste DNA danego organizmu mogą zostać wyłączone, kiedy w ich środek wbijemy wystrzelone geny obce. Stąd dany organizm może zostać pozbawiony potrzebnych mu białek, ponieważ nie będzie miał możliwości do skorzystania z projektów potrzebnych do ich stworzenia, jakimi są geny. Pewnie to jest przyczyną czemu rośliny GMO mają inny skład odżywczy niż ich naturalne odpowiedniki. Poza tym nowy „wstrzelony” gen jest zupełnie nowy dla komórki i ona nie wie specjalnie czy powinna z niego korzystać czy też nie. Dlatego naukowcy wstrzeliwując nowy gen od razu dodają coś w rodzaju „przełącznika”, który ustawia nowy gen w położeniu „pracuj”. Czyli taki gen pracuje bez przerwy, co akurat w środowisku naturalnym nie występuje. Ten zabieg może spowodować powódź nowych białek w danym organizmie, których komórka nie powinna była w ogóle produkować. 

Aby zobaczyć jaka jest genetycznie modyfikowana żywność przyjrzyjmy się jednemu z bardziej „polskich” produktów, czyli ziemniakom. A więc ziemniaki zmodyfikowano tak, aby same wytwarzały środek owadobójczy, w tym przypadku lektynę. Jeśli jakikolwiek owad zjadłby takiego ziemniaka, szybko zakończyłby swoje życie, ponieważ tak zwana toksyna Bt produkowana przez ziemniaka szybko by go zabiła (podobne geny są wszczepiane w innych roślinach GMO). Tutaj aby udowodnić bezpieczeństwo takich ziemniaków firma biotechnologiczna może testować odpowiednie dawki lektyny podane szczurom i obserwować czy szczury zachowują zdrowie. Tak też zrobił jeden z naukowców i podawał szczurom dawkę toksyny Bt o około osiemset razy większą niż tą wytwarzaną przez ziemniaki. Szczurom nic się nie stało i w normalnych warunkach to już byłby dowód, że takie ziemniaki są bezpieczne dla ludzi. Jednak ten naukowiec nie był związany z branżą biotechnologiczną i nie chodziło mu o udowodnienie, że taki ziemniak GMO jest zdrowy. W związku z tym badał dalej ziemniaki modyfikowane, tym razem po prostu karmiąc nimi bezpośrednio szczury. Jak się pewnie domyślasz szczury w tych eksperymentach nie wypadły za dobrze, a mówiąc szybko i specjalnie nie przedłużając ich organy były uszkodzone, układ odpornościowy pracował bardzo słabo, a w ich ciałach rozpoczęły się różne procesy chorobowe. Ich podupadanie na zdrowiu zaczęło się już dziesiątego dnia eksperymentu.

Jednak w tym eksperymencie nie to było najważniejsze, że szczury szybko traciły zdrowie jedząc ziemniaki GMO. Opisałem badanie bardzo skrótowo, ale naukowcy badali oczywiście różne modyfikacje ziemniaków. Wnioskiem było to, że to nie toksyna produkowana przez zmienione ziemniaki im zaszkodziła, ale sama zmiana ich genetyki. Jak dla mnie najważniejszym odkryciem, którym każdy z naukowców zajmujący się GMO powinien się zainteresować, był sam skład chemiczny ziemniaków. Mianowicie ziemniakom wszczepiono tylko jeden gen, ten produkujący środek owadobójczy. Innych zmian w DNA ziemniaków nie wprowadzono. Mimo to, że ziemniaki GMO były hodowane w tych samach warunkach co naturalne, to ich skład odżywczy znacznie się od nich różnił. Przykładowo zawierały o 20 procent mniej białek niż odmiana naturalna. Czyli okazało się, że zmieniając tylko jeden gen przypadkowo wpływamy na całą strukturę danego organizmu. Idąc dalej co wydaje się bardzo niepokojące odkryto, że drugie pokolenie ziemniaków GMO także różniło się składem chemicznym, tylko tym razem nawet od swoich rodziców. To powinno dać nam jasno do zrozumienia, że żywność GMO jest bardzo niestabilna i DNA takich produktów bardzo się zmienia w ciągu lat. Oznacza to, że nie jesteśmy w stanie nie tylko przewidzieć konsekwencji modyfikacji w danym organizmie, ale także nie mamy wpływu na to co będzie się działo z DNA naszego tworu w kolejnych pokoleniach. Jak dla mnie brzmi to przynajmniej trochę groźnie.


Z powyższego eksperymentu ważny jest także wniosek, że gdyby ludzie zaczęli stosować dietę podobną do tej z badania, czyli składającą się z ziemniaków GMO, to schorzenia występujące u szczurów wyszłyby u ludzi dopiero po kilku latach. W związku z tym prawdopodobnie nikt by w ogóle nie łączył przyszłych chorób z żywnością modyfikowaną genetycznie tym bardziej, że przecież nie jest ona oznaczana. Warto też zauważyć, że kierownik tego badania zaraz po ujawnieniu wyników został zawieszony. Dzisiaj nawet wydawałoby się niezależne instytucje badawcze takie jak mamy na uniwersytetach są de facto uzależnione od dotacji przemysłu i sponsorowanych przez nich badań. Jakoś tak się stało, że władze zarówno w USA jak i w Europie przekazują coraz mniej pieniędzy na badania, a lukę brakujących ciągle środków wypełniły firmy prywatne, które jak się łatwo domyślić mają z góry jasno określone cele w przeprowadzanych eksperymentach (na przykład w Wielkiej Brytanii mającej najbardziej popularne Uniwersytety w Europie około 90% funduszy na badania pochodzi od firm prywatnych). W sumie właśnie stwierdziłem, że warto napisać osobną publikację o badaniach naukowych, co też uczynię. Mimo wszystko trafiają się niezależni i pełni pasji naukowcy, którzy co jakiś czas ujawniają wyniki swoich badań. Jedni z takich naukowców ogłosili, że motyle monarchy giną od pyłków kukurydzy modyfikowanej genetycznie, która teoretycznie miała wytwarzać tylko środek przeciwko pasożytom. Czyli przypadkiem stworzyliśmy roślinę, która jest poza naszą kontrolą i ma bezpośredni wpływ na środowisko w którym żyje.
   
Warto też zwrócić uwagę jak GMO będące mimo wszystko tematem bardzo kontrowersyjnym jest wprowadzane na rynek. Mianowicie to, że badania robią same firmy zainteresowane, czyli de facto producenci już jest co najmniej dziwne, no ale podobnie jest w branży farmaceutycznej. W tym obszarze było tak wiele afer pokazujących oszustwa branży związanej z GMO, że nawet nie ma sensu specjalnie tego tematu drążyć. Warto też wiedzieć, że wiele razy ujrzał światło dziennie fakt, że badania nad GMO są bardzo źle zaplanowane, tak jakby ktoś specjalnie nie chciał czegoś znaleźć. Ten wątek także jest długi więc nie będę go rozwijał. Jednak aby cokolwiek napisać na ten temat, to jako przykład podam badanie firmy Monsanto nad jej flagowym produktem, czyli soją GMO. Na przykład w tym badaniu mającym ukazać bezpieczeństwo takiej soi karmiono tylko dorosłe osobniki szczurów, a nie rozwijające się, co dla zorientowanych w badaniach nad GMO wydaje się zupełnie jasne, że to poważny błąd. Poza tym w eksperymencie skład soi GMO w diecie szczurów wynosił tylko około 10 procent. Skoro są tak pewni bezpieczeństwa swojej soi, to ciekawe czemu ich soja była tak słabym elementem w diecie szczurów? I na koniec badacze firmy Monsanto robiąc sekcje zwłok szczurów z eksperymentu swoje pomiary wykonywali na oko i to dosłownie. Czyli zamiast mierzyć czy ważyć dane organy i porównywać je do grupy kontrolnej patrzyli swoim oczami czy wyglądają zdrowo. Taką ocenę nazwali nawet „obserwacja wzrokową”. Czyli pewnie patrzyli na zwłoki szczurów mówili do siebie coś w stylu: Jak myślisz zdrowa ta wątroba? Może być, jest ok. 

Podałem tylko ten jeden przykład, ale możesz mi wierzyć, że takich żenujących badań przeprowadzonych przez przemysł spożywczy jest cała masa. Jednak nawet najlepiej zaplanowane i przeprowadzane badania nie wyłapią wszystkich nowych toksycznych substancji w organizmach modyfikowanych. Producenci oczywiście będę wykonywać tylko obowiązkowe badania, a one są z góry skazane na porażkę, ponieważ pomijają zbadanie nowo wytworzonych toksycznych białek, których budowy nikt z góry nie jest w stanie przewidzieć. Poza tym możemy nie zauważyć większej produkcji szkodliwych dla człowieka substancji czy też zwiększonej skłonności do absorpcji choćby metali ciężkich czy pestycydów ze środowiska przez daną roślinę GMO. Przemysł wykona tylko te badanie jakie będzie musiał, co nie jest równoznaczne z tym, że dany produkt jest bezpieczny. FDA, czyli instytucja stojąca na straży bezpieczeństwa żywności i leków w USA, nawet była zdania, że nie ma żadnej różnicy między genetycznie modyfikowanymi organizmami a naturalnymi. Stąd głosiła tezę, że w ogóle nie ma potrzeby stosować jakiejkolwiek kontroli nad żywnością GMO. 

W mojej ocenie kiedyś może się okazać, że sekwencja DNA to nie tylko to co widzimy, ale zgodnie z duchem fizyki kwantowej, mogą tam być zapisane jakieś informacje energetyczne. Może to one odpowiadają za pamięć międzypokoleniową, o której kiedyś napiszę. Czyli wstrzeliwując cokolwiek w DNA możemy zmieniać coś, czego jak na razie nie znamy i nawet nie mamy szansy na zbadanie.

Z drugiej strony kiedy jeden ze znanych naukowców podważył badania przedstawione we wnioskach dotyczących wprowadzania GMO na rynek Angielski okazało się, że wnioski bez informacji publicznej zostały już dawno zaakceptowane i mieszkańcy Wielkiej Brytanii niczego nieświadomi od dwóch lat jedli modyfikowane pomidory, kukurydzę i oczywiście soję. Czyli nie dość, że branża biotechnologiczna wykonuje sama badania nad bezpieczeństwem GMO, w których to wiele razy została przyłapana na oszustwach i analizując je łatwo zauważyć ich tendencyjność, to jeszcze korporacje dogadują się z rządami Państw drogą niepubliczną aby po cichu wprowadzać swoje produkty. Całe szczęście w Europie jest duży opór społeczeństwa przed żywnością GMO i każdy szanujący się rząd musi brać to pod uwagę. Stąd rynek GMO w Europie jest zdecydowanie mniejszy niż w Stanach Zjednoczonych.

85% wszystkich genetycznie modyfikowanych organizmów żywych jest pod kontrolą tylko jednej firmy, czyli Monstanto. Zarząd tej firmy jasno określił swoje cele i to publicznie. Chcą oni aby wszystkie nasiona na świecie były genetycznie modyfikowane i opatentowane. Czemu tak bardzo im na tym zależy? Ponieważ wtedy przemysł biotechnologiczny przejmie cały rynek żywności, żywności na którą będą mieli patent. Dzięki temu wszyscy rolnicy czy hodowcy będę musieli kupować zarodki właśnie u nich i tylko u nich. Całe szczęście na świecie znalazło się wiele osób, które doskonale zdają sobie sprawę z zagrożeń związanych z GMO i oni na tyle mocno się sprzeciwili, że do dziś realizacja planu przejęcia całej żywności przez korporacje się nie udała. W tym miejscu warto podkreślić, że to właśnie Europejczycy jako pierwsi nie zgodzili się na zalanie naszych talerzy genetycznie modyfikowaną żywnością. Ciekawe w tym miejscu jest to, że Unia Europejska była wręcz skarżona przez Stany Zjednoczone, które uważają, że łamiemy umowy międzynarodowe nie wpuszczając GMO na szeroką skalę na nasze rynki. Możesz zadać sobie pytanie czemu niby rząd Stanów Zjednoczonych miałby w ogóle wtrącać się w nasze sprawy, ale szybko uzyskasz odpowiedź kiedy zdasz sobie sprawę, że Monstanto jest przecież firmą amerykańską. Działa w kraju kierowanym przez lobbystów i rząd USA robi w większości to, czego oczekują od niego korporacje. Pewnie nie bez znaczenia jest też to, że przykładowo firmy biotechnologiczne w latach 1995-2000 wydały ponad 3,5 miliona dolarów na projekty wyborcze, czyli przekazali te pieniądze politykom (przynajmniej oficjalnie). Prezes Monstanto sponsorował także kampanie wyborcze prezydentów.  

Jak instytucje państwowe pracujące w USA są uzależnione od korporacji najlepiej widać na przykładzie FDA, czyli już wspomnianej instytucji mającej stać na straży bezpieczeństwa żywności i leków. W interesującym nas temacie FDA przeprowadziła badania we własnym zakresie nad pomidorami GMO, co ciekawe na prośbę producenta tych warzyw. W tym badaniu wykazano, że szczury karmione tymi pomidorami szybko nabywały uszkodzeń żołądka. W sumie możliwe jest też to, że miały inne uszkodzenia narządów, ale nie wiadomo dlaczego badacze skupili się tylko na żołądku, a innych organów nie badali. W tym badaniu też siedem z czternastu badanych szczurów zmarło w trakcie dwóch tygodni przeprowadzanych badań. Z mojej perspektywy takie badanie powinno dać wiele do myślenia i czym prędzej należałoby je opublikować przez urząd chroniący nas przez szkodliwą żywnością. Jednak FDA uznała, że nie warto pokazywać tego badania opinii publicznej i schowała je w swoich archiwach. Jak się łatwo było spodziewać, do dziś żaden z producentów już nie poprosił o przeprowadzenie badań nad GMO przez FDA i od tego badania przemysł biotechnologiczny sam przeprowadzania badania. 

Współpraca agencji rządowych z prywatnymi korporacjami jest wręcz uderzająca. Kiedy Monstanto zaczęło prace nad modyfikowaną genetycznie żywnością najpierw musiała udać się do rządu, aby ten stworzył nowe przepisy dla nowego rynku. Oczywiście te przepisy były zgodne z oczekiwaniami Monstanto. Poza tym nie bez znaczenia jest fakt, że osoby dbające o nasze bezpieczeństwo zdrowotne raz pracują dla instytucji państwowych, aby potem pracować dla korporacji i odwrotnie. Czasem można wręcz wysunąć stwierdzenie, że dana osoba mimo iż czasowo pracuje w instytucji państwowej po prostu została oddelegowana przez jakąś firmę aby wykreować dane przypisy i następnie przypilnować ich wdrożenie. Przepisy oczywiście korzystne dla przemysłu.

Zbliżając się już do końca naszej historii o GMO może warto przyjrzeć się jak zwierzęta reagują na GMO. Na jednej z farm w Stanach Zjednoczonych rolnik miał na swoim polu zarówno soję GMO, jak i naturalną. W pierwszym roku mieszkające na pobliskim stawie gęsi podjadały zarówno soję GMO jak i naturalną. Jednak co ciekawe w następnym roku gęsi już nie tknęły soi GMO i jadły tylko naturalną. Na polu widać było dokładnie granicę, która oddziela soję naturalną od tej GMO, ponieważ ta zmodyfikowana nie została nawet tknięta przez gęsi. Takich przypadków kiedy dziko żyjące zwierzęta kiedy miały do wyboru naturalne i genetycznie modyfikowane rośliny zawsze wybierały te pierwsze jest już całkiem sporo. 

Dodatkowo trzeba zauważyć, że możemy przyjmować zmodyfikowane genetycznie produkty konsumując produkty zwierzęce pochodzące od zwierząt karmionych GMO. Dzisiaj przemysłowo hodując zwierzęta używa się pasz GMO (z kukurydzy lub soi) i kiedy jemy takie zwierzęta lub jemy produkty nabiałowe pochodzące od krów karmionych GMO, możemy przypadkowo przyjąć zmienione geny. Aczkolwiek musimy odnotować, że ryzyko to jest zdecydowanie mniejsze od tego kiedy byśmy jedli bezpośrednio zmodyfikowane rośliny czy zwierzęta. Z drugiej strony historia kukurydzy GMO o nazwie StarLink pokazuje, że nawet jeśli dany produkt GMO jest przeznaczony tylko dla zwierząt może „przypadkowo” znaleźć się na naszych stołach. Tej historii nie będę już opisywał, ponieważ artykuł wyszedł mi i tak już dość przydługi, ale zainteresowanych zachęcam do lektury historii o tej odmianie kukurydzy. Ten przykład powinien wiele nas nauczyć jak w praktyce wygląda „kontrola” nad GMO. Stąd fakt, że osobiście unikam soi i kukurydzy nawet tych organicznych może być bardziej zrozumiały.

Warto też wiedzieć, że ogólne skojarzenie GMO tylko z roślinami jest nie do końca właściwe. Dzisiaj coraz częściej modyfikuje się bakterie aby produkowały jakieś określone hormony, leki czy inne produkty. Na przykład ostatnio zmodyfikowano tak bakterię, aby produkowała sztuczną odmianę stewi, czyli naturalnego słodzika. Obecnie tez wiele suplementów produkuje się dzięki genetycznie modyfikowanym bakteriom, w tym także witaminy. Poza tym witaminy i inne suplementy często pozyskuje się z roślin GMO (z kukurydzy czy z soi), dlatego warto wybierać te sprawdzone. Rozmaite aminokwasy, enzymy czy nawet szczepionki także wykonuje się z pomocą GMO.

Podsumowując już cały artykuł trochę humorystycznie zakończę go relacją z jednego wydarzenia, które odbyło się w Minnesocie, a dotyczyło genetycznie modyfikowanych pomidorów. Na tym spotkaniu prowadzący je demonstrował pomidory, które miały 150 dni, a wyglądały zupełnie jakby były przed chwilą zebrane z krzaka. Cała sala podziwiała prawie półrocznego pomidora, który wyglądał świeżo i soczyście. W tym momencie jeden ze starszych uczestników tego zdarzenia, biochemik, wstał i zadał dość niewygodne pytanie: Jako biochemik muszę przyznać, że czegoś nie rozumiem. Skoro pomidor ten nie psuje się i nie gnije nawet po 150 dniach, to co się stało z jego składnikami odżywczymi? Oczywiście nasz biochemik nie otrzymał odpowiedzi i za sprawą dwóch młodych panów po cichu musiał opuścić salę. Myślę, że to jedno zdarzenie jakoś wymownie kwituje wszystkie cuda związane z GMO. Tutaj można pytać dalej. Jak mamy jeść coś, czego żaden robak nie chce tknąć. Jak mamy jeść coś, co jest spryskiwane ponadprzeciętną ilością pestycydów, ponieważ jest na nie odporne (badania pokazują, że uprawy GMO są spryskiwane od dwóch do pięciu razy bardziej). I na koniec jak mamy jeść coś, co samo produkuje pestycydy i potrafi tego nauczyć nasze bakterie jelitowe…

Jeśli masz ochotę na seans odnośnie GMO, to dodałem moim zdaniem przyjemnie oglądający się film o tej materii. Film jest na pozycji nr 30 pod tytułem: Życie wymyka się spod kontroli, a znajduje się w naszej filmotece. Wcześniej też dodałem film na pozycji 14, czyli Przyszłość pożywienia, który także warto obejrzeć
GMO to niebezpieczna zabawa.
Kiedy wyprodukujemy coś wadliwego,
Możemy to zniszczyć lub naprawić.
Natomiast tworząc złą roślinę lub zwierzę,
Wpuszczamy do środowiska tykającą bombę.
Bombę, której nie ma możliwości wyłączenia!

Komentarze

  1. To sztuczne jedzenie mnie przeraza,nie jem kukurydzy I soji,jablka tylko z mojego ogrodu,warzywa od sasiada z malutkiej farmy.Nie kupuje krzyzowek nasion F1 tez mi sie nie podobaja czy to nie podobne troche do GMO?W pierwszym Roku piekne plony ale juz nasiona zebrine z kolejnych juz bardzo slabiutkie geny. Marian co ty o tym myslisz? Izabela

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam serdecznie,
      Nasiona F1 są zdecydowanie bliższe naturalnych niż GMO. Tutaj mimo iż czasem dość radykalnie się krzyżuje rośliny, to samo DNA zmienia Natura, a nie człowiek. Dlatego raczej są bezpieczniejsze. Aczkolwiek nie mam aż takiego doświadczenia w przypadku tych roślin i odnośnie praktyki ich hodowli mało wiem. Skoro mówisz, że drugie pokolenie jest zdecydowanie słabsze to oznacza, że coś jest nie do końca dobrze. Osobiście nie kupiłbym takich nasion, ale chyba nie można ich stawiać na jednej linii z GMO. Moi rodzice mają zwykłe nasiona, które już od kilku lat sami sobie gromadzą i ich rośliny raczej są bardzo mocne. Czasem nie wiem czemu tak na siłę chcemy zmieniać to co już mamy, a mieliśmy naprawdę dobre rośliny (i gdybyśmy tylko chcieli to moglibyśmy je dalej mieć)...
      Pozdrawiam,
      Marian

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

O2 Lewatywa z Kawy

W temacie dlaczego czyścimy jelito starałem się opisać jak ważne jest posiadanie czystego jelita. W tym poście zaprezentuję jeden ze sposobów jego oczyszczania za pomocą lewatywy z kawy. W innych publikacjach już wspominałem, że lewatywa z kawy była jednym z kluczowych elementów mojej terapii przy nowotworze i uważam ją za jeden z najłatwiejszych i najskuteczniejszych sposobów oczyszczenia jelita grubego, wątroby oraz krwi z nagromadzonych toksyn. Oczywiście nie jest to jedyny sposób oczyszczania ciała i kiedy się wie jak, to można spokojnie oczyścić organizm bez wykonywania lewatywy. Jednak zazwyczaj jest to najprostszy sposób na rozpoczęcie nowej zabawy z uzdrawianiem swojego ciała. Na początek proponuję zadać pytanie - Jak to działa?

Kryzys ozdrowieńczy

Podejmując trud oczyszczania naszego organizmu w pewnych momentach nasze samopoczucie może ulec pogorszeniu. Tworząc odpowiednie warunki dla organizmu służące pozbywaniu się zgromadzonych przez lata toksyn, narażamy się na chwile kryzysowe, które nazywamy kryzysami ozdrowieńczymi, oczyszczającymi (choć to dwa różne kryzysy). Mianowicie w czasie zmiany drogi z rozwoju zanieczyszczeń i chorób na ich redukcję, w naszej krwi zaczynają krążyć duże ilości toksyn pochodzące z tkanek naszego organizmu. W początkach oczyszczania nasz układ wydalniczy może nie być w stanie na czas usuwać wszystkich gromadzących się toksyn i objawi się to naszym kryzysem ozdrowieńczym, czyli np. bólem głowy, nudnościami, gorączką itp. Jeśli w tym momencie źle zinterpretujemy nasze objawy i zahamujemy cały proces, to nasze wysiłki pójdą na marne. Wstrzymując dietę lub biorąc leki przepisane na dane objawy cały proces uzdrawiający może zostać przerwany. Pisząc artykuły na tej stronie staram się tak dopisywać kolej…

O5 Zabieg płukania wątroby

W artykule zaczynającym się na literę O4 starałem się ukazać potrzebę usunięcia kamieni z naszej wątroby. Jeśli jeszcze się z nim nie zapoznałeś, to proszę zrób to przed przeczytaniem tej publikacji. Dzisiaj postaram się w czytelny sposób opisać jedną z metod oczyszczania wątroby. Poniższa procedura jest znana ludzkości od tysięcy lat z różnymi modyfikacjami w zależności od miejsc jej wykonywania na naszej planecie. Ja skupiłem się na starożytnej metodzie lekko ulepszonej przez Andreasa Moritza. Wydaje mi się, że zaproponowana metoda jest najbardziej efektywna przy jednoczesnym najmniejszym ewentualnym złym samopoczuciu. Możliwe, że znasz lub poznasz inne metody, ale wszystkie oparte na wypiciu dużej ilości oleju roślinnego mają podobne działanie. Samo płukanie wątroby zajmie nam jeden wieczór, ale trzeba się do niego przygotowywać przez 6 dni. Warto także zaplanować wolny dzień po płukaniu wątroby, więc samą procedurę najczęściej przeprowadza się w weekend. Ze swojej strony zaznaczam…